– Wszystko przygotowane. – Kristi odsunęła nogą krzesło i usiadła. – A u ciebie?

sposób doprowadził do jego śmierci. Poza tym usłyszała, że Pavon
Lekarka i pielęgniarka wyszły z gabinetu, aby Milla mogła
wspaniały, mieli zapewnioną sowitą emeryturę, a Rip nie ukrywał
większość gości pewnie go nawet nie zauważyła. On też nie szukał
był rozległym, w dużej części bezludnym stanem. Były tam tysiące
śpiącego dziecka. Mały mruknął, cmoknął kilka razy i znów ucichł. Z
będzie miał szczęście, jeżeli nie zostawię go z Susanną i nie rzucę się
pociekła, ale Diaz uważał, by nie zrobić mu prawdziwej krzywdy
pamiętam, co dokładnie mówiła, ale sens był jasny Coś o pieniądzach,
od strony prawnej.
efektywny od Diaza. Dawał mniejszą szansę na odnalezienie Pavona.
najmniejszej uwagi. Ale tak naprawdę ich potomstwo było mądre,
49
deprymujące, chociaż pewnie mogłaby minąć go na ulicy w ogóle nie
trusted solution for united finances limited time offer

zanim staruszka wybrała się na tamten świat. Potem przez jakiś czas była sama, następnie

- Czternaście.
- O Boże - sapnął RP, wpadając na salę. Umilkł, rzuciwszy
stał się od nich brutalniejszy, jeszcze bardziej bezwzględny Nigdy nie
mmpersonalloans offer now easy small personal loans needed by usa customers

191

niedopowiedzeniami. Dość tego. – Wyjął komórkę i zadzwonił do Hayesa.
– Od przeprosin. – Hayes łypnął na niego spod oka. – Niechętnie to mówię, ale wygląda
Czyżby zupełnie mu odbiło?
tarcza antykryzysowa 3 najważniejsze zmiany

mógł postawić pod znakiem zaufania całą ich współpracę. W imię

wspierać, czasem oficjalnie, czasem pod stołem. Jak na ironię, im lepiej smarowali tryby sprawiedliwości, tym wolniej się one obracały. Ale to wszystko wkrótce się zmieni. On tego dopilnuje. Przekręcił kluczyk. Bestia zakasłała kilka razy, zanim wreszcie ruszyła. - Teraz lepiej - mruknął. W samochodzie wciąż czuć było zapach papierosa Morrisette. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie mógł się uwolnić od tej kobiety. Włączył wycieraczki i otworzył okno. Wieczór jeszcze nie nadszedł, ale zwykle jasne ulice pociemniały od ciężkich chmur. Z drzew kapało, deszcz zacinał, a spod kół pryskały fontanny brudnej wody. Niestety wciąż było gorąco, szyby zaparowały. Włączył klimatyzację i wyjechał z parkingu. Droga do Caitlyn Bandeaux zajęła mu tylko kilka minut. Urocze gniazdko, pomyślał, patrząc na elegancki, starannie odnowiony dom, zbudowany tuż po wojnie secesyjnej... albo, jak twierdzili miejscowi, po wojnie wywołanej agresją Północy. Takie teksty nie przeszłyby w San Francisco, ale tutaj, w mieście dumnym ze swojej historii, ludzie myśleli inaczej. Dom w samym sercu zabytkowej dzielnicy, z widokiem na plac musiał kosztować fortunę. Ale dla pani Bandeaux to żaden problem. Miała naprawdę kupę kasy. Zdążył sprawdzić jej wyciągi z banku. Zarabiała trochę, projektując strony internetowe, ale większość jej dochodu i zdaje się dochodu Josha Bandeaux również pochodziła z funduszu powierniczego. Odkrył też coś dziwnego... duże miesięczne przelewy, które nie wyglądały na zwyczajne rachunki. Może jakaś kolejna inwestycja? Może coś jeszcze innego? Na przykład co? Szantaż? Opłacanie czyjegoś milczenia? Skręcił i zaparkował w bocznej uliczce. Nie chciał, żeby zauważyła jego samochód. Przeszedł przez ulicę w niedozwolonym miejscu, poszedł na tyły domu, od strony garażu, i zajrzał przez wąskie okienko. Chociaż w garażu było ciemno, rozpoznał sylwetkę białego lexusa. Zatem pani jest w domu. Świetnie. Zadowolony okrążył dom i otworzył furtkę. Gdy szedł ścieżką przez ogród, zwymyślała go bezczelna wiewiórka ukryta na gałęzi, wśród liści sasafrasu. - Cicho bądź - szepnął, a wiewiórka skoczyła na inną gałąź. Jednak nie doczekał się ciszy. Gdy wszedł po schodkach i nacisnął dzwonek, usłyszał jeszcze większy hałas. Kudłaty pies Caitlyn dostał świra i zaczął wściekle ujadać, tak jakby Reed był złodziejem, na tyle głupim, żeby dzwonić do drzwi. Czekał. Nikt nie otwierał. Ale wysoko w powietrzu unosiła się delikatna smuga dymu z papierosa. Zadzwonił jeszcze raz. Był pewien, że Caitlyn jest w domu, bo światło się paliło, a samochód stał w garażu. Wytarł mokrą od deszczu twarz, przeklął swojego pecha i zamarzył o papierosie. Wciąż tęsknił za uspokajającym działaniem nikotyny. Nic. Znowu nacisnął dzwonek. Mocno i natarczywie.
w brudnym fartuchu wyglądał, jakby chciał zaraz wejść do ośrodka. Zdusił niedopałek w
- Nie, ja... - Urwała zaskoczona, a jej blada twarz nabrała kolorów. - Chwileczkę. Pyta mnie pan, czy odwiedziłam w szpitalu matkę i czy ją zabiłam? O Boże, o to panu chodzi,
koronawirus